poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Rozdział 4

Clara.

Nareszcie dzień wolny! Angie sobie dzisiaj odpoczywa, a ja, mam już wielkie plany. Przede wszystkim zjeść jakieś pyszne, syte śniadanie, nie w hotelu. Myślałam nad jakąś restauracją, nie koniecznie sławną i mega drogą. Wykonałam wszystkie poranne czynności: wzięłam prysznic, pomalowałam się, ubrałam. Właśnie pakowałam torebkę, przy tym nucąc piosenkę, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
Bez większego zastanowienia odłożyłam rzecz na łóżko i pobiegłam, aby otworzyć. U progu stała Lodovica.
- Cześć Clara! - przywitała się z uśmiechem.
- Hej - odpowiedziałam obojętnie.
Dziewczyna weszła do wnętrza pokoju, przy tym rozglądając się. Miała na sobie białą sukienkę w duże, czerwone grochy. Wszystko kompletowały białe balerinki oraz torebeczka w czarnym samym kolorze na długim łańcuszku.
- Ładnie wyglądasz - powiedziałam.
Lodovica spojrzała w dół na swój strój, podziękowała, po czym chwilę później znów się odezwała:
- Clara?
- Tak?
- Chciałabyś może... Pojechać ze mną i dziewczynami, na wycieczkę? - zapytała niepewnie.
Westchnęłam.
- Jaką wycieczkę z jakimi dziewczynami?
- No... Tak, nad morze, ale nie kąpać się, albo na jakiś piknik za miastem... To jak?
- A z kim?
Dziewczyna chwilę pomyślała, po czym zaczęła wymieniać, wyliczając na ręce:
- Hmm... Ja, Cande, Alba, Mechi, Vale... No i... Martina - powiedziała speszona.
Po chwili namysłu, odparłam:
- Jak Martina jedzie, to ja nie.
Lodovica spojrzała w dół, na swoje śnieżnobiałe buty, najwyraźniej spodziewając się takiej odpowiedzi. Nic dziwnego, przecież panna "jestem najważniejsza na świecie i podkreślam to makijażem niczym kosmita i butami jak wieżowiec, chociaż mam 17 lat" mnie ostatnio bardzo zdenerwowała. Każdy na planie to wie. Już nie chodziło o Diego (wtedy bym się załamała), ale ogółem o wszystkie jej akcje: powtarzanie scen, chwalenie się koncertem, tym, że gra główną postać. To takie dziwne.
- Clara, my jej nie chciałyśmy, ona sama się wepchnęła - powiedziała błagalnym tonem, gdy ja sprawdzałam godzinę.
- To czemu jej nie odmówiłyście? - zapytałam jednocześnie zajęta telefonem i zdenerwowana, znowu zachowaniem Martiny.
- Nie chciałyśmy być niemiłe... - odpowiedziała, bardzo szybko.
-A czy ona jest miła, gdy nas wszystkich wręcz dręczy, gdy się chwali? Jak myślisz? - zapytałam, już podnosząc wzrok z nad urządzenia.
Wtem do pokoju wręcz wparowała Martina. Była cała roześmiana, standardowo ubrana w wysokie buty, czarną marynarkę, białą, prawie przeźroczystą koszulkę i czarne rurki, Na głowie oczywiście widniał wianek, a usta były całe bordowe. Była gotowa do jakiegoś wyjścia, na pewno nie na plaże czy piknik.
W przerwach między śmiechem powiedziała:
- Prze... Przepraszam, ale... haha, przepraszam, nie... nie idę.
Dziewczyna szybko wyszła, a my z Lodovicą chwile patrzyłyśmy się na siebie.
- Widać problem sam się rozwiązał - rzekła uśmiechając się.

~*~

W końcu zgodziłam się, zakładając jasno zieloną, zwiewną sukienkę.
Do celu dotarłyśmy szybko - w końcu plaża nie jest tak daleko. Mercedes wzięła koszyk, a Alba koc, więc wszystko obie przygotowały. Po chwili wszystko było już na swoim miejscu, wyglądało cudownie.
Koc był ciemno różowy, parasolka kolorowa, a pod nią, znajdowała się masa żywności: owoce, jogurty, kanapki i tym podobne.
Obok, stały trzy leżaki i kilka rozłożonych ręczników.
- Jesteśmy gotowe- odparła Mechi i zaśmiała się.

~*~

Po kilku naprawdę cudownych godzinach, na plaże przyszli chłopcy. Ku mojemu nieszczęściu znalazł się wśród nich Diego. Oprócz niego także Jorge, Facu, Xabiani i Demetrio. Słowem - prawie cała "zgraja".
Przez jakieś pół godziny, chłopcy rozkoszowali się swoim towarzystwem. Gdy jednak znudziło im się chlapanie się wodą i głupie leżenie do piasku - podeszli do nas (chociaż nie jestem pewna czy nie do jedzenia).
- Możemy się dołączyć? - zapytał śmiało Facundo.
Dziewczyny spojrzały się na siebie i w śmiechu powiedziały (na jeszcze większe moje nieszczęście), że oczywiście.
Wszyscy się dobrze bawili, kiedy ja, w tym czasie, poszłam nieco dalej, zabierając zeszyt i kreśląc coś bez sensu. Jakieś byle jakie szlaczki, linie. Wszystko, co jest w mojej głowie. Nawet jedno, wielkie, czarne serce.
- Co tu robisz?- usłyszałam męski głos. Przestraszyłam się, że to może Diego, ale to był tylko Demetrio.
W zasadzie nie mam z nim jakiś specjalnych kontaktów. On wie, jak ja mam na imię, a ja wiem jak on. I to w zasadzie tyle.
- Nic - uśmiechnęłam się.
- To dlaczego nie jesteś z nimi?
I to właśnie nie dawało mi spokoju. Nie "byłam z nimi", przez jednego kretyna. Jednego, na którego nie miałam ochoty nawet patrzeć, ale... no cóż, prawdę mówiąc, śnić. Tak, uwielbiam, gdy widuje go w moich snach, wtedy wiem, że mnie nie zrani.
- Nie mam ochoty - odpowiedziałam.
Wstałam i zebrałam swoje rzeczy. Miałam plan iść do dziewczyn, oddać im koc, powiedzieć, że nie najlepiej się czuję i wreszcie udać się w to miejsce, które było w mojej głowie od samego rana.
- Clari! Clari! Zaczekaj!
Spojrzałam się w tył, gdzie Demetrio za mną biegł.
- Tak? - zapytałam, po czym westchnęłam.
- Gdzie się wybierasz? - zapytał radośnie. - Mogę z tobą?
Ruszyłam dalej, w tym czasie mówiąc:
- Chciałam iść do jakiejś niedrogiej restauracji, napić się czegoś może... Wiesz.
- Rozumiem... To mogę z tobą? - nalegał.
Przemyślałam wszystkie plusy i minusy tego wyjścia z nim i uznałam, że w zasadzie czemu nie.
- No dobrze.- westchnęłam.

~*~

Towarzystwo nie było zbytnio zadowolone, że dwie osoby sobie idą, ale nie mogli nic poradzić. Życzyli nam powodzenia (pewnie myśleli, że... ehh...) i wrócili do wcześniejszych czynności.
A ja z Demetriem udałam się na obiad.


Diego.

Clara właśnie gdzieś poszła z Demetrio, a ja znowu poczułem się zazdrosny. Nie wiem dlaczego, patrzyła na mnie, jakby zaraz chciała mnie zabić. Staram się nie okazywać żadnych uczuć. Zero.
Martina również doprowadzała mnie do białej gorączki. Za każdym razem gdy ją widzę, mam ochotę wyjść. Ogromnie się cieszę, że poszła na ta całą galę, bo chyba wtedy by było nici z plaży, a w tym - odpoczynku.
- Diego, jesz ostatnią kanapkę? - zapytał Jorge, gdy ja "bujałem o obłokach". - Halo! Diego?! - chłopak zaczął machać mi swoją ręką przed twarzą, a ja odpowiedziałem, że nie jestem głodny.
- Co się dzieje, Diego? - zapytał.
- Nic, nic... Źle się czuję - skłamałem. - Chyba będę się zbierał.
- Ej no! Ludzie! Diego też już idzie! - krzyknął Jorge, chwilę później gryząc kanapkę.
Wziąłem telefon i pożegnałem się, nie słuchając próśb, abym został. Byłem zmęczony całą tą sytuacją. Nie miałem ochoty.

~*~

Spacerowałem i dotarłem do hotelu. Tam, udałem się do pokoju Clary. Nie wiem dlaczego, coś mnie tknęło. Wszedłem jak zwykle, bez pukania. Nie mam takiego zwyczaju, wiem, że to niegrzeczne, ale mówi się trudno.
Otworzyłem drzwi i ujrzałem całujących się Demetria i Clarę. Zamarłem.

***

Wczesna pora, na rozdział! :D
Kochani, przepraszam was, że musieliście tak długo czekać, mamy nadzieję, że to się więcej nie powtórzy ale naprawdę, bark weny, przynajmniej mi, towarzyszy...
Jest jaki jest.

piątek, 14 lutego 2014

Rozdział 3

Clara.

Z każdym kolejnym dniem, patrzenia na Diego i Martinę razem, serce coraz bardziej mi się krajało. Czasami po prostu nie mogłam wytrzymać tego widoku. Przerywałam scenę, wychodziłam z sali. Często też myliłam teksty. Dlaczego On? Myślę, że to chwilowe zauroczenie, ale przecież niedawno Go wręcz nienawidziłam, a teraz chcę codziennie na niego patrzeć, gdy go widzę mam ochotę Go przytulić, rzucić się na ramiona, krzyknąć "Kocham Cię!". Nie, to chore.
Jednak mimo, mojego zauroczenia jego osobą, On nic sobie z tego nie robi. Nadal mi przeszkadza, nie da się skupić, to wszystko przez ten pokój nad nim. Mogłam zabrać inny, ale nie. "Muszę mieć ładny widok".
Lecz pewnego wieczoru, rozmawiając z przyjaciółką przez Skype, tak huknęło, że musiałam coś zrobić. Przerwałam rozmowę, zamknęłam laptop, wyszłam i pomaszerowałam do pokoju Diego. To zaledwie piętro, więc nie brałam windy, tylko weszłam po schodach.
Po drodze, nie wiem czemu, znowu nuciłam Te creo. 
Wyszłam z klatki i udałam się do pokoju Diego. 154, 155, 156... Jest! Zapukałam, nikt nie otwierał, więc weszłam sama.


Diego.

<kilka minut wcześniej>

Postanowiłem, że po kolejnym spławieniu Martiny, zrobię porządek. Znowu...
Myśl o Niej nie dawała mi spokoju. Tylko jak można nie zakochać się w tej jej błyszczący oczach, lśniących włosach, głosie anioła... Nie, nie, nie.
Zabrałem się za walizkę. Najpierw, wyjąłem ją z szafy, a gdy mi upadła, cała jej zawartość wysypała się na podłogę, robiąc hałas nie do zniesienia. Zacząłem zbierać, przy okazji układając rzeczy. Były to głównie jakiś książki, stare scenariusze, drobne pieniądze. Lecz wszystko razem robiło hałas. I to wielki.
Ułożyłem właśnie ostatnią książkę, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Pomyślałem, że to pewnie sprzątaczka czy któryś z chłopaków, ale nie miałem ochoty, na rozmowę. Lecz, gdy nie otwierałem, postać weszła sama. Clara.


Clara.

Gdy weszłam do jego pokoju, zobaczyłam wielki bałagan. Na środku, stała już zapakowana walizka, a wokół było pełno rzeczy: kartki, książki, ubrania. Poczułam coś w stylu zdenerwowania. Motyle w brzuchu pojawiały się, odlatywały... I tak cały czas. W powietrzu unosił się zapach jego drogich perfum.
-Tak? - zapytał. - Nie wchodzimy bez pukania - dodał z uśmiechem.
Rozglądając się po pokoju, odpowiedziałam krótko:
- Pukałam.
Chłopak wstał z podłogi i podszedł do mnie.
- Co być chciała?
- Diego, proszę, przestań tak hałasować... - nalegałam.
Chłopak uniósł głowę, patrząc na śnieżnobiały sufit, po czym westchnął:
- No dobrze. Przepraszam.
Obróciłam się na pięcie i pomaszerowałam w kierunku drzwi. Dotknęłam zimnej klamki, z lekkością nacisnęłam. Chciałam jeszcze zostać. Być, tu przy nim. Śmiać się, rozmawiać lub nawet siedzieć w ciszy.
Gdy już przekroczyłam próg, Diego krzyknął:
- Clara! Może chcesz... Tak na przeprosiny... - przełknął ślinę. - Chcesz iść ze mną na kolacje? Oczywiście, jako przyjaciele! Nie...
Obróciłam się i zobaczyłam jego całą czerwoną twarz oraz nalegające spojrzenie. Po jego pytaniu, zdenerwowałam się jak nigdy. Serce mówiło mi "tak", a rozum "nie". Przecież on całował się z Martiną! Nie chodzi mi tutaj o ten pocałunek Violetty i Diego, ale ten... prawdziwy... Na moich oczach. I on ma czelność pytać się mnie o takie rzeczy.
- Przepraszam - szepnęłam i wyszłam z pomieszczenia, aby chwile później, usiąść i rozpłakać się na miękkim dywanie korytarza.


Diego.

Nie wiem co mi strzeliło do głowy, żeby ją o to zapytać. Pewnie pomyślała sobie, że chciałem Ją zaprosić na randkę... I w zasadzie to prawda. Idealne wykorzystanie okazji. Przynajmniej tak mi się wydawało. Uderzyłem się otwartą ręką w czoło. Głupek. Co ja sobie myślałem? Ona przychodzi z prośbą, a ja takie coś.
Usłyszałem szlochanie, dobiegające z korytarza. Byłem tak wręcz zażenowany całą tą sytuacją, że początkowo nie miałem najmniejszej ochoty zaglądać, od kogo to dobiega. Jednak płacz narastał. Stawał się coraz głośniejszy i intensywny. Zdenerwowany, wyszedłem z pokoju. Obróciłem się w prawo, w lewo. Nikogo nie było. Spojrzałem w dół, odrobinę w prawo. Ona. Kobieta również obróciła głowę i patrzyła mi prosto w oczy, ze łzami w swoich. Wdech, wydech, wdech, wydech... Napięcie narastało, z każdą sekundą ciszy.
Wtem, wstała, nie patrząc już na mnie, jakby nic się nie stało. Płacz również ucichł. Poczułem się, jak w jakiejś beznadziejnej telenoweli. Wdech, wydech, wdech, wydech... Trzy kroki w tył...
Zamknąłem drzwi i podszedłem do okna. Piękny, letni księżyc, świecił niczym słońce czy wielka świeca. Niebo w Buenos Aires, było już czarne, a na nim, można było zauważyć małe, świecące punkty. Gwiazdy.
Dobroć jest zła. "Przepraszam" nie pomaga. Miłość robi każdemu figle, a głupota czyni człowieka nie pasującym do otoczenia. Przynajmniej w moim przypadku.
Gdy zrobiło się ciemno, odszedłem, by moje myśli porwał wiatr. Problemy, otoczenie, tęsknota. Niech to zabierze. Może będzie prościej?


***

Dzień dobry, dobry.
Trzeci rozdział za nami! Krótki jak nie wiem, ale zawsze coś!
Dzisiaj Walentynki, z tej okazji, wszystkiego najlepszego dla zakochańców. :)

Pozdrawiamy, 
Raspberry & Skai

niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział 2

Diego.

- Akcja! - rozległ się okrzyk.
W tej chwili rozpoczęło się kręcenie naszej sceny. Mojej i Martiny. Diego i Violetty. Dziewczyna biegła w moją stronę z nikłymi śladami łez w oczach. Szczerze mówiąc słabo wychodziło jej granie smutnych scen. Mnie osobiście nie przekonywała jej naciągana rozpacz. Może jednak przekonuje ona widzów? Nie wiem. Stałem jak słup soli, usiłując grać. Siląc się na naturalność. Szatynka przytuliła się do mnie. Jej kościste palce wbiły się w moje plecy.
- Przepraszam - szepnęła.
- No już... Nie płacz - sam nie wiem czemu, wyszło mi to jakoś sztywno. Nie rozległ się jednak dźwięk oznaczający cięcie, więc grałem dalej. Pogłaskałem ją po plecach.
Oderwała się ode mnie i spojrzała w oczy. W jej oczach dostrzegłem iskierki rozbawienia.
"Już czas, Diego" - przeszło mi przez myśl. Cóż, żyje się raz. To w końcu tylko serial. Takie jest życie aktora. Zacząłem powoli zbliżać swoją twarz do ust Martiny...


Clara.

- Gotowe, Claro.
- Dziękuję.
Wstałam z krzesła i odwróciłam się w stronę lustra. Linda właśnie skończyła kręcić mi loki. Spojrzałam na swoje odbicie. Włosy miałam zakręcone, makijaż gotowy, usta standardowo pociągnięte ciemno różową szminką. Ubrana byłam w błękitną sukienkę, a na ramiona narzucono mi biały sweterek. Słowem stałam się Angie. Byłam gotowa do kręcenia mojej sceny, która miała być kolejną.
Powoli opuściłam garderobę i udałam się w stronę planu filmowego, aby zobaczyć w akcji moich znajomych. Czy nie miała być właśnie kręcona scena Martiny? Już po chwili przekonałam się, że miałam rację. Dziewczyna płakała w ramionach tulącego ją do siebie Diego. Stanęłam wśród tłumu obserwującego aktorów. W tej chwili Diego ujął w swoje dłonie twarz Martiny. Powoli zbliżył się do niej, aż ich usta napotkały się. Dziewczyna rękami objęła jego szyję i mocniej się do niego przycisnęła.
Poczułam nagle coś dziwnego. Jakby ktoś uderzył mnie pięścią prosto w brzuch. Z całej siły, niczym zapaśnik innego zawodnika na ringu. Spuściłam wzrok, przymykając powieki.


Diego.

Wtem rozległ się dźwięk oznaczający cięcie. Oznaczało to jedno - scenę trzeba będzie dublować. Czeka mnie kolejny pocałunek z Martiną. Odsunąłem się od niej i rozejrzałem się, próbując odnaleźć reżysera. Mój wzrok spoczął na chwilę na, obserwującej każdy nasz ruch, publiczności. W tłumie dostrzegłem Ją. Nie widziałem wyrazu jej twarzy. Nie wiem, czy była smutna, czy zawiedziona. A może śmiała się z czegoś pod nosem? Wzrok miała wlepiony w ziemię. Nie byłem w stanie z tej odległości odczytać z jej twarzy ani jednego słowa.
Reżyser dał na znak, że oczekuje powtórki. Zagraliśmy tę samą scenę jeszcze raz. W tej chwili jednak w głowie miałem tylko jedną myśl. Mianowicie - Ona na to patrzy. Zbliżyłem się do Martiny. Starałem się zachować chłód. Całować ją bez żadnego uczucia. Niczym robot. Chwyciłem twarz nastolatki w dłonie. Wsunąłem palce pod jej włosy. Były jakby mokre. Tłuste. Cofnąłem ręce, po raz kolejny słysząc jak do moich uszu dociera dźwięk pauzy. Cięcie. Znów.
- Co się dzieje, Diego? - pisnęła Martina.
- Martina... - zacząłem. - Nie bierz tego do siebie, ale... mogłabyś zrobić coś z włosami. Są tłuste.
Dziewczyna prychnęła. Dosłownie "opadła jej kopara". Nie potrafiłbym nazwać tego lepiej. Usłyszałem cień czyjegoś śmiechu. Tylko Ona śmiała się tak pięknie. Nieważne, że Stoessel zbiegła z planu. W tej chwili liczył się tylko Jej cudowny śmiech...
- Diego, co ty sobie wyobrażasz? - warknął reżyser.
- Cóż, przepraszam, ale to nie moja wina, że nasza gwiazdka ma tłuste włosy - krzyknąłem.
Spojrzałem w Jej stronę, odkrywając tym samym, że ona również patrzy prosto na mnie. Momentalnie spojrzała w innym kierunku. Zaśmiałem się pod nosem. Było w niej coś przeuroczego, co sprawiało, że miękły mi nogi.
- Nie zagramy bez Martiny... Diego, idź ją przeprosić.
- Co ja takiego zrobiłem?
- Natychmiast!
Zrezygnowany zszedłem z planu, udając się do garderoby dziewczyny. Zapukałem. Martina nie raczyła odpowiedzieć, więc ponowiłem próbę.
- Diego, idź sobie!
- Martina, wpuść mnie. Musimy pogadać.
- Nie mamy o czym.
- Martina... Nie bądź dziecinna - nie odpowiedziała. Postanowiłem więc przejść do planu B. - Tini, proszę otwórz... Chcę cię... przeprosić.
Poskutkowało. Dziewczyna otworzyła drzwi, wpuszczając mnie do środka. Usiadła na pufie, a ja stanąłem przed nią.
- Tini... Posłuchaj, to nie tak. Nie chciałem cię urazić. Proszę, dokończmy już tę scenę - dziewczyna milczała. Powoli zaczynało brakować mi słów. - Nie chcę napiętej sytuacji z tobą. Musimy w końcu oddać piękne uczucia Violi i Diego...
- Masz rację. Całkowitą rację... - wstała z pufa i podeszła niebezpiecznie blisko mnie.


Clara.

Po pięciu minutach nieobecności Martiny i Diego reżyser zaczął się niecierpliwić.
- Clara, proszę cię, idź sprawdzić, czy oni jeszcze tam żyją - musiało paść akurat na mnie.
Nie chciałam robić problemów, więc posłusznie udałam się w stronę garderoby Martiny. Drzwi były uchylone, więc słyszałam ich rozmowę jeszcze zanim dotarłam do celu.
- ...oddać piękne uczucia Violi i Diego...
- Masz rację. Całkowitą rację...
Po tych słowach wstała i opierając ręce na torsie Diego, pocałowała go. Znów poczułam to dziwne ukłucie w brzuchu. Tym razem jednak nie było one porównywalne do uderzenia. Tym razem ktoś kopnął mnie prosto w brzuch.
Chłopak oderwał się szybko od nastolatki i spojrzał w moją stronę. Przełknęłam ślinę, odwróciłam się i powoli wyszłam z pomieszczenia, kierując się do mojej garderoby.
Dzieliłam ją z Lodovicą, Albą i Candelarią, jednak tym razem nie zastałam tam żadnej z dziewczyn. Opadłam na kanapę. Czułam się... dziwnie. Ogarniała mnie pustka. Nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle się tym przejęłam. Nie byliśmy parą... Nie byliśmy nawet przyjaciółmi. Nie rozumiałam swoich własnych uczuć. Nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić. Ileż to razy odgrywałam walkę z czymś podobnym na ekranie... Jednak to nie to samo. Grać oznacza tyle, co udawać. A to działo się naprawdę. W mojej głowie. Ale naprawdę.
Przymknęłam oczy, starając się uspokoić. Nie dane było mi długo cieszyć się samotnością. Do pomieszczenia wpadł reżyser.
- Clara - zaczął. - Tutaj zniknęłaś. Miałaś przecież iść po Martinę i Diego, a następnie wrócić. Zaraz kręcimy scenę z Angie. Jesteś potrzebna.
- Już idę - odpowiedziałam, podnosząc się.


Diego.

Pięć minut temu zakończyliśmy wreszcie kręcenie sceny Diego i Violetty. Wygląda na to, że na razie nie będę musiał całować Martiny. Najgorsze jest to, w jakiej sytuacji Ona nas widziała... Nie chciałbym, żeby pomyślała sobie coś, czego nie ma. Martiny po prostu nie lubię. Cóż, trudno.
Wstałem z kanapy i oderwałem się od myśli. Miałem chwilową przerwę, więc udałem się z powrotem na plan, tym razem jako obserwator. Przykucnąłem obok reżysera, obserwując Jej scenę. Gdy wszedłem, wokół Jej osoby, stało wielu "uczniów Studia".
-.... musicie zaśpiewać płynnie, nie pomijając niczego. Głos ma być wyraźny, ale też lekki...- mówiła, kładąc dłonie na klawiszach keyboardu. Po chwili do moich uszu dobiegł śpiew anioła... Piękny, wypełniał tę pustkę w sali.... Wiedziałem, że pewnie i tak podłożony zostanie playback, jak zawsze, jednak moim zdaniem było to zupełnie zbędne.

Ahora se que la tierra es el cielo,
Te quiero, Te quiero.

Que en tus brazos ya no tengo miedo,
Te quiero, Te quiero.

Que me extranas con tus ojos,
Te quiero, Te quiero...

Śpiewając to, patrzyła prosto w moje oczy. Gdy to zauważyłem, spuściła wzrok, rumieniąc się. Jednak reżyser nie przerwał sceny. Nie wiem dlaczego, może już miał dość. Tak, czy tak nie przerwał.


Clara.

Po zakończeniu sceny ze śpiewaniem, udałam się do garderoby, aby przygotować się na kolejną. Lodovica i Candelaria już w niej były, a Alba, zaraz miała przyjść. Nie pierwszy raz przeszła mnie myśl, że dziewczyny mają łatwiej niż ja. Rzeczywiście, to przecież prawda. Ale najlepiej to się ma panna Martinka, której coś nie pasuje i od razu się obraża.... Zaraz. O czym ja myślę?
- Chodźcie, dziewczyny, zmieniliśmy kolejność - powiedział reżyser, wchodząc i zwracając się do Cande i Lodo. Czyli zostałam sama. Wzięłam mój ulubiony notatnik i niczym Violetta, narysowałam na kartce serduszko, z niewiadomych przyczyn kolorując je na czarno i "łamiąc". Jestem sama, On jest sam, dlaczego by nie?
- To jakaś paranoja... - mruknęłam.
Nie zechciałby kogoś takiego, jak ja, poza tym, ma już swoją Martinę. Szkoda słów...


***

Jest i drugi. 3/4 napisała Skai, za to mój jest ten okropny koniec...
Nie pytajcie się nas, kiedy next, bo nie wiemy tego nigdy dokładnie. Jak będzie, to będzie.
Jak pisałam: Komentarze mile widziane :D
Pozdrawiamy!